SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Piotr Koryś, "Kryzys gospodarczy, ekonomia i wolny rynek. Doświadczenie historyczne, stan obecny i prognozy na przyszłość"

Piotr Koryś, "Kryzys gospodarczy, ekonomia i wolny rynek. Doświadczenie historyczne, stan obecny i prognozy na przyszłość"

Email Drukuj PDF

Wprowadzenie

 

Powtarzające się i nawracające kryzysy, spowolnienia i recesje to naturalne zjawisko w kapitalistycznej gospodarce. Zresztą doświadczenie gospodarek socjalistycznych w okresie 1945-89, pokazuje, że jest to zjawisko charakterystyczne nie tylko dla kapitalizmu, choć oczywiście przyczyny kryzysów w różnych systemach społeczno-ekonomicznych mogą być różne. Kryzysy i recesje pojawiają się w kapitalistycznej gospodarce z regularnością wynikającą ze specyfiki różnorodnych cykli gospodarczych. Jednak skala recesji jest różna, a i regularność nie aż tak duża, by ekonomiści potrafili je skutecznie przewidywać. Wystarczy sięgnąć pamięcią kilka dekad wstecz i przypomnieć Wielki Kryzys rozpoczęty w 1929 roku, a po nim: kryzys naftowy, który skutkował w latach 70-tych dwoma falami recesji, kryzys amerykański przełomu lat 80-tych i 90-tych, zakończony pierwszą wojną w Iraku i jednocześnie przebiegający kryzys w Japonii, kryzys azjatycki połowy lat 90-tych, którego jednym ze skutków było bankructwo (Jelcynowskiej) Rosji, tzw. Kryzys dot-comów początku XXI wieku i na końcu obecną, rozpoczętą w 2007 recesję. Szczególną uwagę trzeba zwrócić na kryzys rozpoczęty w roku 1929, nazywany Wielkim Kryzysem (lub Wielką Depresją). Jest on istotny z kilku powodów: po pierwsze do dziś stanowi punkt odniesienia w szacowaniu skali i skutków procesów kryzysowych, po drugie – po raz pierwszy w historii myśli ekonomicznej wywołał on wielką dyskusję nad przyczynami i, w związku z tym, metodami wyjścia z kryzysu oraz ewentualnie unikania kolejnych załamań tej skali, co – po trzecie – doprowadziło do ostatecznej instytucjonalizacji nowego nurtu ekonomii – makroekonomii.

Od czasów Wielkiego Kryzysu przy okazji każdego głębszego spowolnienia gospodarczego powracają ekonomiczne pytania o naturę i przyczyny kryzysów. W dużym uproszczeniu zajmowane przez strony ekonomicznej debaty stanowiska można podzielić od tego czasu na dwie grupy. Z jednej strony są ci, którzy podstawową przyczynę kryzysu widzą w niedostatku regulacji, zbyt małej aktywności państwa i nadmiarze rynku. Wątpią oni w moc samoregulującego mechanizmu rynkowego i kwestionują w związku z tym zasadność założenia, że gospodarka najlepiej radzi sobie sama. Z drugiej strony zaś są ci, którzy twierdzą coś dokładnie odwrotnego. Ich zdaniem kryzys, recesja, a czasem i depresja jest naturalnym zjawiskiem ekonomicznym, a kiedy państwa próbują zbyt intensywnie ingerować w gospodarkę, to jedynie pogłębiają skalę tych procesów. Państwo powinno tylko dbać o stwarzanie dobrych warunków dla działań przedsiębiorców – takich, dzięki którym będą w stanie podejmować dobre decyzje. Kolejne kryzysy przynoszą zmianę interpretacji przyczyn załamania gospodarczego uznawanych za właściwe oraz zmianę promowanych rozwiązań mających umożliwić wyjście gospodarek z kryzysu. Za każdym razem zmienia się też nieco ocena mechanizmu rynkowego jako czynnika popychającego do kryzysu lub ułatwiającego z niego wyjście.

Kryzys, który rozpoczął się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, osiągnął niespodziewanie duże rozmiary. Choć wielu ekspertów oczekiwało spowolnienia w nadmiernie rozpędzonej gospodarce światowej (wynikającego ze wspomnianej cykliczności procesów ekonomicznych), to jednak skala tego spowolnienia oraz synchronizacja, z jaką dotknięte zostały nią wielkie gospodarki Zachodu i większość gospodarek krajów rozwijających się (tzw. Emerging Markets), była zaskakująca i tylko nieliczni przestrzegali przed tych rozmiarów zagrożeniem. Skala spowolnienia mierzona tempem wzrostu PKB sięgnęła w gospodarkach rozwiniętych (z nielicznymi wyjątkami) 5-6 punktów procentowych, co znaczy, że gospodarki notujące 2-3% rocznego wzrostu musiały zmierzyć się z sięgającymi 4-5% PKB rocznymi spadkami. Stan taki w niektórych gospodarkach trwał dłużej niż 4 kwartały, a kilka do dziś notuje ujemne wartości wzrostu gospodarczego. W krajach rozwijających się skala ta bywała nawet większa, jak na Ukrainie czy w krajach nadbałtyckich, gdzie od szybkiego wzrostu nastąpiło przejście do ponad 10% spadków PKB w skali roku. Polska okazała się wyjątkiem, przynajmniej jak na razie ominęła ją recesja, ale spowolnienie (od przeszło 6 do ok. 2% w skali roku) też jest znaczne. Mniej dotknięte rozmiarami kryzysu okazały się rozwijające się dynamicznie gospodarki azjatyckich gigantów, Indii i Chin, a także w dużej mierze wyłączone z obrębu procesów globalizacyjnych gospodarki krajów afrykańskich.

Załamaniu wzrostu PKB towarzyszyło załamanie cen papierów wartościowych, różnego rodzaju  instrumentów finansowych i surowców naturalnych (miedź, ropa naftowa…) oraz nieruchomości (mieszkaniowych i komercyjnych) w różnych częściach świata, ale przede wszystkim w USA i w krajach europejskich. Konsekwencją tego był zaś strukturalny kryzys „przelewarowanego” systemu finansowego świata, którego przejawami stały się upadłości wielkich banków (Lehman Brothers, Bear and Sterns, Fortis), nacjonalizacje instytucji finansowych (AIG, Northern Rock Bank), a nawet bankructwa państw. Kolejne symptomy kryzysu to gwałtowny spadek produkcji (w wielu krajach sięgający kilkudziesięciu procent wielkości z poprzedniego roku), handlu międzynarodowego (o mniej więcej jedną trzecią) i towarzyszący im wzrost bezrobocia.

Jak w czasie tego – trwającego zapewne jeszcze – kryzysu oceniano rolę wolnego rynku? Czy obrona firm, które były zbyt wielkie, by upaść (too big to fail), polityka reflacji rynku i stałego uzupełniania podaży pieniądza, wspieranie konsumpcji dopłatami to symptomy ponownego odejścia od idei samoregulacji? Czy też raczej błądzenia we mgle w poszukiwaniu rozwiązań, które pozwoliłyby na powrót do stabilnej ścieżki wzrostu?

 

Wolny rynek a kryzysy gospodarcze – interpretacje ekonomiczne

 

Jedną z kluczowych kategorii w analizie ekonomicznej i szerzej, w filozofii ekonomii, jest koncepcja wolnego rynku. Przynajmniej od czasów Adama Smitha, ojca założyciela współczesnej ekonomii, przekonanie, że mechanizm rynkowy (Smith mówił o „niewidzialnej ręce rynku”) jest podstawowym mechanizmem gospodarczym na trwałe zagościło w rozważaniach ekonomicznych. Zgodnie z klasycznymi koncepcjami ekonomicznymi, cechą specyficzną tego mechanizmu jest zdolność do samoregulacji – wolny rynek, taki którego uczestnicy są zabezpieczeni stosownymi regulacjami, ale nie poddawany wpływom zewnętrznym, w szczególności ingerencji instytucji publicznych, ma samoistną zdolność powracania do stanu równowagi. Gospodarka kapitalistyczna, swego rodzaju suma rynków na nią się składających, w takim ujęciu, także powinna być samoregulującym się mechanizmem. Karl Polanyi[1] sformułował nawet tezę, że jednym z kluczowych przekształceń społecznych XIX wieku, prowadzących do ukształtowania się nowoczesnego społeczeństwa przemysłowego, stała się wynikająca z tego (jego zdaniem błędnego) przekonania autonomizacja sfery gospodarczej od polityki. W konsekwencji miałaby ona stać się ośrodkiem życia społecznego, a przekonanie o samoregulującym działaniu rynków i groźbie, którą niesie ze sobą jakakolwiek ich regulacja, legło u założeń nowoczesnej polityki. Obraz odmalowany przez Polanyi’ego, nadzwyczaj krytycznego wobec opisywanych przez niego zmian, jest zbyt uproszczony i wyidealizowany, ale stanowi dobry punkt wyjścia do dalszych rozważań nad relacją pomiędzy doświadczeniem kryzysów a stosunkiem ekonomistów i polityków do wolnego rynku. Mamy więc w punkcie wyjścia koncepcje samoregulujących się rynków – gospodarki jako mechanizmu mającego naturalną skłonność powracania do stanu równowagi, o ile jej działanie nie zostanie zakłócone czynnikami zewnętrznymi. Z ujęciem tym niektórzy się nie zgadzają, inni stawiają je w centrum swoich rozważań.

Najbardziej bodaj wyrazistym ujęciem (choć niekoniecznie w pełni ortodoksyjnym) wychodzącym z założenia, że rynki muszą być traktowane jako samoregulujący się mechanizm, jest szkoła austriacka w ekonomii. Zastrzec trzeba, że jej założenia nie do końca pokrywają się z klasyczną anglosaską myślą ekonomiczną, jednak jest interesująca ze względu na podjętą przez ekonomistów austriackich próbę wyjaśnienia natury kryzysów gospodarczych. W jej ramach sformułowana została bowiem przez Ludwika von Misesa, a rozwijana m.in. przez Friedricha von Hayeka austriacka teoria cyklu koniunkturalnego. Zgodnie z jej założeniami, cykl koniunkturalny we współczesnych gospodarkach wynika przede wszystkim z nadmiernej ekspansji kredytowej możliwej dzięki istnieniu pieniądza nie opartego na kruszcu (złocie), ale na zaufaniu (fiducjarnego) i emitowanego przez bank centralny. Taki pieniądz może być też „wytwarzany” przez prywatne banki za pośrednictwem akcji kredytowej (i mechanizmu, w którym kluczową rolę odgrywa mnożnik kreacji pieniądza oraz poziom rezerw obowiązkowych). Nadmierna ekspansja kredytowa (w wyniku czego pojawia się „tani pieniądz”) wywołuje zakłócenia informacyjne na rynku, a w konsekwencji błędne decyzje przedsiębiorców, którzy podejmują nieuzasadnione decyzje inwestycyjne. Nie mają one szans powodzenia z powodu zbyt małej ilości kapitału i pozostałych czynników produkcji, a także dóbr kapitałowych na rynku. Rosnący popyt na dobra kapitałowe przekłada się z kolei na wzrost ich cen. Wzrost kosztów kapitału, pracy i dóbr kapitałowych skutkuje następnie wzrostem cen konsumpcyjnych. Lekarstwem na pogarszającą się sytuację firm może być tylko dalsza ekspansja kredytowa, a gdy banki zmienią politykę (m.in. wskutek wzrostu stopy procentowej) – zaczyna się kryzys. To właśnie zdarzyło się po okresie boomu w roku 1929. Recesja jest tym głębsza, im więcej nierozsądnych działań pieniężnych podjęto wcześniej, a zwłaszcza im większy zakres miała wcześniejsza ekspansja pieniężna. Koncepcje Austriaków nie zajęły ważnego miejsca w głównym nurcie teorii ekonomicznej. Marginalizacja szkoły austriackiej związana jest m.in. z momentem, w którym się pojawiła – momentem głębokich przemian społecznych, politycznych i ekonomicznych, które wymusiły zmianę podejścia do gospodarki.

Przez niemal cały XIX wiek kryzysy, co pewien czas nawracające (pomimo standardu złota), traktowano jako naturalny element cyklu koniunkturalnego. Jednak wraz z upływem czasu i rosnącą komplikacją gospodarek kapitalistycznych oraz coraz gęstszymi powiązaniami pomiędzy nimi, kolejne kryzysy stawały się coraz bardziej dolegliwe. Wraz z demokratyzacją życia społecznego coraz większego znaczenia nabierała zaś umiejętność łagodzenia ich skutków, tak by znaczące grupy wyborców odczuwały je jak najsłabiej. Jednak dopiero doświadczenie I wojny światowej pokazało politykom krajów zachodnich, jak głęboko można ingerować w gospodarkę, a doświadczenie Wielkiego Kryzysu lat 30-tych – jak głębokie i powszechne mogą być kapitalistyczne recesje i depresje. W międzyczasie wiele państw osłabiło standard złota (jeszcze nie odchodząc od niego ostatecznie) w swoich systemach finansowych, pojawiać się zaczęły również instytucje regulujące politykę monetarną, takie jak amerykański FED utworzony w  1913 roku. Wtedy też okazało się, jak mało skuteczna, przynajmniej z politycznego punktu widzenia, bywa zasada nieingerowania w sferę ekonomii. Wielki Kryzys osłabił więc wywodzącą się z klasycznej myśli ekonomicznej wiarę w siłę samoregulującego się mechanizmu rynkowego.

Kluczową rolę w zmianie podejścia do gospodarki w okresie Wielkiego Kryzysu odegrało kilka elementów. Po pierwsze wspomniane już wyżej doświadczenia I wojny światowej i kryzysu gospodarczego, który po niej nastąpił (obejmującego zwłaszcza kraje Europy Środkowej), po drugie sukcesy – pozostawmy z boku dyskusje, czy propagandowe czy realne – gospodarki sowieckiej, z której zupełnie wyrugowano mechanizm rynkowy; po trzecie zagrożenie nazizmem. Wreszcie, po czwarte, pojawiła się teoria ekonomiczna nie delegitymizująca kapitalizmu, a uzasadniająca ingerencję państwa w gospodarkę – teoria Johna M. Keynesa.

Zręby tej teorii powstały jeszcze przed kryzysem, ale pełnego kształtu nabrała ona już w jego trakcie, w Traktacie o pieniądzu i opus magnum Keynesa, Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza[2]. Zakwestionował on powszechne w jego czasach przekonanie ekonomistów, że w sytuacji, gdy rząd nie zakłóca procesów ekonomicznych, rynek sam osiąga równowagę przy pełnym zatrudnieniu. Zgodnie z opisem rynku wywodzącym się z tradycji ekonomii klasycznej (Adama Smitha, Jean-Baptiste Saya, Davida Ricardo) i rozwijających je koncepcji, sama natura równowagi rynkowej powoduje, że w długim okresie niemożliwe są sytuacje nadprodukcji i kryzysów gospodarczych, a w związku z tym również osiągnięcie przez gospodarkę równowagi przy wysokim poziomie bezrobocia. Bezrobocie będzie raczej miało skłonność do utrzymywania się na bardzo niskim poziomie w długim okresie, dzięki samoregulującym się mechanizmom rynkowym. Recesje zdarzające się w trakcie cyklu koniunkturalnego, wskutek naturalnie uruchamiających się procesów samoregulujących, są – bez błędnej polityki państwa – zjawiskami krótkotrwałymi (jak pokazałem to wyżej w kategoriach ekonomii austriackiej).

Keynes zgadzał się, że przyczyn kryzysu można doszukiwać się w wewnętrznej logice cyklu koniunkturalnego, charakteryzującej się powracającymi okresami recesji. Zwolennicy ekonomii neoklasycznej i austriackiej przekonywali, że w czasie takich recesji konsumpcja spada z powodu wzrostu poziomu oszczędności, a to powoduje spadek rynkowych stóp procentowych. W konsekwencji pojawiają się warunki do wzrostu wydatków inwestycyjnych, a gospodarka wchodzi w kolejny okres wzrostu. Według Keynesa ta interpretacja nie była właściwa. Jego zdaniem spadek stopy procentowej nie musi przekładać się na wzrost inwestycji, ponieważ decyzje przedsiębiorców wynikają raczej z oczekiwań odnośnie przyszłych zysków niż kosztów kapitału inwestycyjnego. To zaś może powodować, że w warunkach oczekiwanego długotrwałego spadku konsumpcji, będą jeszcze zmniejszać produkcję i zatrudnienie, pomimo niskich stóp procentowych. Efekt ten może, bez interwencji państwa, nabrać samonapędzającego się charakteru. Zatem sygnały nadchodzące z rynku, które są dla przedsiębiorców podstawową przesłanką ich zachowań, niekoniecznie pełnią funkcję samoregulującą. Ten efekt może zostać pogłębiony w wypadku, gdy okres recesji jest poprzedzony boomem o spekulacyjnym charakterze. Taki boom może prowadzić do błędnych inwestycji – w klasycznym ujęciu rynek jest „czyszczony” z takich inwestycji przez kryzysy, jednak zdaniem Keynesa tak się nie dzieje, ponieważ spadek zatrudnienia w wyniku ich zamykania pogłębia i tak już występujące w recesji negatywne procesy na rynku pracy.

W związku z tym Keynes przyjął, że podstawowym czynnikiem determinującym procesy makroekonomiczne jest globalny popyt (a nie podaż, która wytwarza swój popyt, zgodnie z prawem rynków Saya). To właśnie ten czynnik powoduje, iż równowaga rynkowa może być osiągana przy różnych poziomach tego popytu, a w konsekwencji także różnych poziomach zatrudnienia, w tym bardzo niskich. Takie ujęcie mechanizmów makroekonomicznych pozwoliło na uzasadnienie aktywnej polityki interwencjonistycznej państwa – polityki takiej, która pobudziłaby popyt, co z kolei dałoby przedsiębiorcom sygnał do inwestowania (ze względu na wzrost konsumpcji).

W keynesowskim ujęciu mechanizmów gospodarczych brak jest zaufania do rynku. Rynek nie jest, jak w XIX-wiecznej ekonomii, mechanizmem samoregulującym się i właściwie samoregulującym całe społeczeństwo przemysłowe, ale może również oddziaływać destrukcyjnie na gospodarkę (i społeczeństwo). Sygnały rynkowe odbierane przez przedsiębiorców mogą prowadzić do odnajdywania równowagi rynkowej na coraz niższym poziomie zatrudnienia czynników produkcji, a zwłaszcza pracy. W konsekwencji, rynek ze względu na niedostateczne regulacje i brak aktywnej polityki państwa może przyczynić się do pojawiania się głębokich kryzysów, a nieefektywność mechanizmów samoregulujących może z kolei uniemożliwiać wyjście z nich. Empiryczną tego egzemplifikacją miał być kryzys 1929 roku. Brak dostatecznych regulacji doprowadził do narastającej spekulacji na giełdzie. Potem spowolnieniu gospodarczemu towarzyszyło bardzo głębokie załamanie rynku akcji, a w konsekwencji – wskutek utraty majątku przez wielu inwestorów – drastyczny spadek konsumpcji, przez przedsiębiorców zinterpretowany jako trwały. Brak interwencji państwa w pierwszym roku kryzysu doprowadził do spirali bankructw, zwolnień, spadku produkcji i pogłębiania się zjawisk recesyjnych i depresyjnych w gospodarce.

Polityka gospodarcza oparta na teorii Keynesa przyniosła widoczne efekty i stała się powszechnym rozwiązaniem w państwach kapitalistycznych na cztery dekady pomimo tego, że niemal od razu pojawiła się krytyka stosowanych przez niego rozwiązań, w szczególności ze strony prominentnych przedstawicieli szkoły austriackiej, Misesa i Hayeka. „Poprawianie” mechanizmu rynkowego, nie dość, że zdawało się pomagać w opanowaniu wahań cyklu koniunkturalnego, to było atrakcyjne z punktu widzenia polityki w demokracjach Zachodu. Aktywna polityka gospodarcza państwa bywała też narzędziem (umiarkowanej co prawda) inżynierii społecznej – sposobem na modernizowanie społeczeństw Zachodu. Jednak towarzyszyło temu rosnące zadłużenie państw, co powodowało, że w dłuższej perspektywie kosztowała coraz więcej. W dodatku kolejny poważny kryzys, kryzys naftowy lat 70-tych, ujawnił poważne słabości takiej polityki. Miał on taki przebieg, w wyniku którego jednocześnie utrzymywała się wysoka inflacja i wysokie bezrobocie („stagflacja”), co wiele narzędzi polityki keynesowskiej czyniło bezużytecznymi. W związku z tym rozpoczęło się poszukiwanie nowych rozwiązań ekonomicznych, gwarantujących wyjście z kryzysu. Ich podstawą stała się głośna „monetarystyczna” analiza mechanizmów prowadzących do pojawiania się kryzysów gospodarczych i przekształcania ich w głębokie depresje, zawarta w książce Miltona Friedmana i Anne Schwartz Monetarna historia USA, 1867-1960[3]. Na marginesie można dodać, że książka ta ukazała się niemal jednocześnie z napisaną przez Murraya Rothbarda interpretacją przyczyn i przebiegu Wielkiego Kryzysu w USA w kategoriach ekonomii austriackiej pt. Wielki Kryzys w Ameryce[4]. Obie świadczyły o początkach kryzysu koncepcji keynesowskich w kręgach profesjonalnych ekonomistów, wyprzedzając o kilka lat kolejny kryzys w realnej gospodarce.

Zwolennicy zyskujących na nowo popularność koncepcji nieinterwencjonistycznej polityki makroekonomicznej źródła kryzysów widzieli i widzą w nadmiernej regulacji i zbyt aktywnej polityce państwa w gospodarce. Podstawowym założeniem wolnorynkowego myślenia o gospodarce (tradycji klasycznej i neoklasycznej, a także austriackiej) jest przekonanie, że rynek jest mechanizmem mającym jednak zdolność do samoregulacji, co kwestionował Keynes. W związku z tym, nie ma uzasadnienia by państwo ingerowało w przebieg cyklu koniunkturalnego, bo próby regulowania jego kolejnych faz („spłaszczania”) muszą skończyć się wbrew oczekiwaniom regulatorów. Monetaryści i kolejne szkoły wywodzące się z tej tradycji dopuszczały wprawdzie pewien zakres działań, ale zupełnie inny niż przedstawiciele szkoły keynesowskiej.

Zdaniem monetarystów powodem Wielkiego Kryzysu były błędy w polityce FED, a nie brak aktywnej polityki inwestycyjnej państwa. W ich interpretacji, podstawowym źródłem kolejnych fal kryzysu okazały się problemy z płynnością: FED nie zapewnił stosownej podaży pieniądza (reflacji), w wyniku czego doszło do szokowego spadku poziomu cen (gwałtownej deflacji), wynagrodzeń i zatrudnienia. Proces, nazwany przez Friedmana Wielkim Skurczem Kredytowym (Great Contraction) doprowadził, w wyniku kolejnych kryzysów (panik) bankowych, do przekształcenia się cyklicznej recesji w depresję.

U przeciwników interwencjonizmu widać więc przeświadczenie, że rozwiązaniem realnie zapobiegającym recesjom nie jest interwencjonizm państwa. Źródeł kryzysu szukają oni w niewłaściwie prowadzonej polityce monetarnej – przy czym w tradycji szkoły austriackiej ziarno kryzysu zostało zasiane wraz z odejściem od standardu złota i stworzeniem warunków do ekspansji kredytowej banków, podczas gdy monetaryści doszukują się przyczyn kryzysu w błędach polityki monetarnej.

Nie da się jednoznacznie wskazać właściwej interpretacji powodów Wielkiego Kryzysu, ani nawet skuteczności polityki Nowego Ładu (New Deal). Doświadczenie kolejnych kryzysów stało się podstawą do kwestionowania każdej z tych interpretacji. Przedstawiciele szkoły austriackiej niejednokrotnie trafnie prognozowali ryzyko pojawienia się kryzysu (jak choćby ostatnio Peter Schiff i kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2008 roku, Ron Paul). Dzięki temu jej popularność wzrasta przy okazji głębszych załamań gospodarczych, a silnie wolnorynkowy odcień pozwala sytuować ją jako antytezę rozwiązań interwencjonistycznych. Jednak oferowane przez nią narzędzia na ogół rozczarowują zarówno w odniesieniu do opisu mechaniki kryzysu, jak i zestawu metod, by sobie z nim poradzić. Szkoła keynesowska, której sukces związany jest ze względnie udaną interpretacją Wielkiego Kryzysu, zaoferowała metody unikania kryzysów i radzenia sobie z nimi, które w perspektywie kilkudziesięciu lat okazały się mało skuteczne. Ujawnił to kryzys naftowy lat 70-tych. Zmodyfikowane koncepcje następców Keynesa wciąż odgrywają jednak istotną rolę w makroekonomii. Wreszcie, koncepcje monetarystyczne stały się składnikiem makroekonomicznego „mainstreamu” po kryzysie naftowym i porażce polityki gospodarczej opartej na założeniach keynesowskich. Jednak ich stosowanie, które w latach 80-tych wprowadziło gospodarkę amerykańską w średnim (a może nawet długim) okresie na ścieżkę dynamicznego rozwoju, dziś traktowane jest jako jedno ze źródeł obecnego kryzysu.

 

Czy obecny kryzys jest inny – ekonomiści wobec kryzysu 2007-2009. Wybrane interpretacje

 

Carmen Reinhard i Kenneth Rogoff w swojej książce This time is different. Eight centuries of financial folly[5], będącej analizą historii kryzysów finansowych napisali:

Podstawowa cecha syndromu ‘tym razem będzie inaczej’ jest oczywista. Jest on głęboko zakorzeniony w przekonaniu, że kryzysy finansowe przydarzają się innym ludziom w innych krajach i innych czasach; ale nie przydarzą się nam tu i teraz. Robimy przecież wszystko co powinniśmy lepiej, jesteśmy mądrzejsi i uczymy się z przeszłych pomyłek. Stare reguły wartościowania przestały obowiązywać. Niestety, wysoce zlewarowane gospodarki mogą niczego nieświadome znajdować się na skraju finansowej przepaści wiele lat zanim w wyniku okoliczności i przypadku zostaną w nią zepchnięte[6].

Zatem pojawianiu się kryzysów z reguły towarzyszy przekonanie, że gospodarka zmieniła się na tyle, wiemy już tak dużo, a regulacje są na tyle dobre, że kryzys nie jest zagrożeniem. Podobnie było i tym razem –w ciągu ostatniej dekady przed kryzysem dało się zaobserwować w gospodarce światowej (a zwłaszcza amerykańskiej) wiele niekorzystnych i niepokojących zjawisk. Jednak wydawało się że dzięki globalizacji, jakości instrumentów finansowych, dynamicznemu rozwojowi krajów azjatyckich, rosnącej powszechności konsumpcji, wzrostowi zamożności i innym czynnikom, kryzys światu nie grozi. Jednak rynku nie dało się oszukać.

Reinhard i Rogoff rekonstruują również podstawowe argumenty zwolenników tezy, że „tym razem będzie inaczej”:

 

1. USA, dysponujące najbardziej godnym zaufania systemem regulacji finansowych na świecie, najbardziej innowacyjnym systemem finansowym, stabilnym systemem politycznym, największym na świecie i najbardziej płynnym rynkiem finansowym, są w wyjątkowej sytuacji. Mogą bez obaw pozwolić sobie na duży napływ kapitału.

2. Ze względu na konieczność dywersyfikacji szybko rosnące gospodarki państw rozwijających się potrzebują bezpiecznego miejsca, by inwestować swoje fundusze.

3. Rosnąca integracja finansowa świata pogłębiła globalne rynki finansowe, dzięki czemu możliwe jest większe zadłużanie się państw.

4. Oprócz wszystkich swoich atutów, USA ma również wyróżniające się instytucje prowadzące politykę monetarną i polityków za nią odpowiedzialnych.

5. Nowe instrumenty finansowe umożliwiły wielu nowym pożyczkobiorcom wejść na rynek pożyczek hipotecznych.

6. Wszystko, co stało się dotychczas, to dalsze pogłębianie globalizacji światowych finansów dzięki nowym innowacjom. Nie powinno zatem być powodem do obaw.[7]

 

Wszystkie przytoczone tu (stylizowane) argumenty, jak pokazują autorzy i co z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się oczywiste, były nietrafione. Procesy, które niektórzy ekonomiści identyfikowali jako niebezpieczne przynajmniej od połowy dekady, doprowadziły do głębokiego załamania gospodarczego. Podobne, powtarzalne sygnały dały więc podobny, powtarzalny efekt. Taka powtarzalność kryzysów gospodarczych nie neguje jednak debaty nad znaczeniem wolnego rynku dla skali załamań gospodarczych, zwłaszcza że kolejne poważne kryzysy przynoszą rozczarowanie różnymi interpretacjami ekonomicznymi ich przyczyn i propozycjami efektywnej polityki antykryzysowej.

Każdy kryzys wnosi również coś nowego do debat ekonomistów i praktyków polityki gospodarczej. Tak stało się i tym razem. Choć zapewne nowe koncepcje, wywodzące się z doświadczenia kryzysu, jeszcze powstaną – tak jak książka Friedmana i Schwarz, która została napisana trzy dekady po Wielkim Kryzysie – to już pojawiły się różne konstatacje, że teoria ekonomii zawiodła. Szczególnie interesująca pod tym względem jest analiza, której dokonał Nassim Taleb, praktyk i teoretyk zmatematyzowanej analizy finansowej. Sięgając do epistemologii szkoły austriackiej, własnych przemyśleń oraz doświadczeń zawodowych, już przed kryzysem sformułował głośną hipotezę czarnego łabędzia, przestrzegając przed ryzykiem gwałtownych i nieoczekiwanych zawirowań finansowych[8]. W centrum jego analizy znalazło się prawdopodobieństwo i ryzyko, kluczowe kategorie w nowoczesnej analizie ekonomicznej. Nawiązując do Austriaków Taleb zakwestionował wartość poznawczą nowoczesnej ekonomii opartej na tradycji pozytywistycznej, zwłaszcza empirycznych analiz ekonomicznych (w szczególności tych odnoszących się do rynków finansowych).

W jednym z ostatnich opracowań, Taleb odwołując się do wcześniejszych analiz, postawił sobie pytanie, dlaczego przydarzył się kryzys finansowy[9]. Jego zdaniem przyczyną jest współoddziaływanie pięciu czynników powiązanych z błędną percepcją, brakiem zrozumienia oraz ukrywaniem konsekwencji (i ryzyk) wystąpienia zdarzeń o niskim prawdopodobieństwie (wspomnianych czarnych łabędzi). Są to:

- wzrost ukrytych ryzyk pojawienia się zdarzeń mało prawdopodobnych;

- niewłaściwe i asymetryczne zachęty do ukrywania ryzyka pojawienia się zdarzeń o niskim prawdopodobieństwie w analizach;

- promowanie metod (analitycznych) pomagających ukrywać ryzyko zdarzeń mało prawdopodobnych

- rosnące znaczenie zdarzeń mało prawdopodobnych w życiu gospodarczym ze względu na jego rosnącą złożoność

- oraz spadek rozumienia znaczenia ryzyka zdarzeń mało prawdopodobnych w świecie finansów.

Definiując przyczyny pojawienia się kryzysu Taleb spróbował również wskazać winnych i możliwe remedia. Wśród winnych wymienił:

- administracje kolejnych urzędujących prezydentów USA[10], ślepe na rosnące ryzyko zdarzeń o niskim prawdopodobieństwie;

- osoby, firmy i korporacje zawodowe osób zajmujących się ryzykiem finansowym (inwestorów, bankierów etc.) oraz szkoły biznesowe – za stosowanie i uczenie nieadekwatnych metod wyceny ryzyka (tylko z tego powodu, że brakuje innych);

- regulatorów różnego rodzaju i instytucje wyceniające ryzyko, za wiarę pokładaną w modelach ilościowej wyceny ryzyka, oraz

- Bank Szwecji, przyznający nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. Nagroda Nobla, zdaniem Taleba, obecnie służy głównie legitymizacji i uwiarygodnianiu teorii błędnych empirycznie, teoretycznie i matematycznie.

W związku z tym można wskazać sposoby na zabezpieczenie się przed efektem czarnego łabędzia i kolejnym kryzysem. Zdaniem Taleba podstawowym problemem obecnie funkcjonującego systemu ekonomicznego jest skłonność do „ukrywania” ryzyk w długich końcach rozkładów prawdopodobieństwa. Gospodarczy establishment potrafi potem z pomocą wyrafinowanych metod ignorować je w wycenie wartości[11]. Zatem kluczowe jest zastosowanie w gospodarce zasady „kapitan tonie razem z okrętem w odniesieniu do wszystkich kapitanów i okrętów” – każdy zajmujący się oceną ryzyka powinien ponosić odpowiedzialność, moralną, prawną, każdą możliwą do osiągnięcia.

Za Reinhard i Rogoffem można dostrzec podobieństwo (o charakterze statystycznym) tego kryzysu do wielu poprzednich, a błędy w wycenie ryzyka, prognozach ekonomicznych i decyzjach (lub celowe ignorowanie zagrożeń) każą dostrzec dużo racji w analizie Nassima Taleba. Wnioski dotyczące rynku w obu analizach są jednak podobne: wiara w odkrycie instrumentów potrafiących „przechytrzyć” mechanizm rynkowy, przekonanie rządów o nieograniczonych możliwościach zadłużania się, próby realizacji celów społecznych z pominięciem podstawowych praw rynku – w pewnym momencie skutkują pojawieniem się warunków do załamania gospodarczego. Za każdym razem decydenci mają nadzieję, że „tym razem będzie inaczej” i za każdym razem okazuje się, iż się mylili. Rosnąca złożoność współczesnej gospodarki i systemów politycznych prowadzi zaś niejednokrotnie do dalszych błędnych decyzji i utrudnia opanowanie sytuacji kryzysowej. Dodać jeszcze można, że obecny kryzys da się również opisać po prostu w tradycji keynesowskiej – takich prób dokonuje m.in. noblista Paul Krugman posługując się m.in. kategorią pułapki płynności[12]. Podobnie, jak przy okazji każdego głębszego spowolnienia gospodarczego, ponownie zyskuje na popularności spojrzenie w kategoriach austriackiej teorii cyklu koniunkturalnego. Tym razem próbę nawiązania do książki Rothbarda podjął historyk i ekonomizujący publicysta Thomas Woods[13] w książce Meltdown, która zyskała pewien rozgłos. Ale pojawiają się również sugestie, że podejście austriackie ma coraz większy wpływ na myślenie ekonomistów głównego nurtu[14].

 

Wolny rynek a kryzys

 

Wielki Kryzys – dzięki polityce Franklina D. Roosvelta i wielu innych przywódców oraz koncepcjom ekonomicznym Keynesa – miał być dowodem na to, że w rynek warto ingerować i że trzeba to robić z wyprzedzeniem. Rozwój idei państwa dobrobytu (welfare-state), którego polityka gospodarcza nakierowana jest m.in. na minimalizowanie społecznych skutków cyklu koniunkturalnego, jest z doświadczeniem tego okresu silnie powiązany. Zatem lata 30-te miały stać się ostatecznym argumentem tezy, że wolnym rynkiem trzeba sterować, mechanizm samoregulujący w rzeczywistości nie działa, a przynajmniej nie działa dobrze, a więc aktywność gospodarcza nowoczesnego państwa jest nieodzowna. Idea wolnego rynku została wtedy oddzielona od kapitalizmu.

Ta sytuacja w debacie ekonomistów zaczęła ulegać zmianie już w latach 60-tych, gdy karierę akademicką rozpoczął twórca nowego paradygmatu w ekonomii – monetaryzmu – Milton Friedman. Poddał on krytyce keynesowskie instrumenty radzenia sobie z kryzysami, a kolejne głębokie załamanie gospodarki kapitalistycznej, które nastąpiło w cztery dekady po początku Wielkiego Kryzysu, kryzys naftowy, stało się empirycznym dowodem na (częściową przynajmniej) zasadność jego twierdzeń. Zgodnie z założeniami monetaryzmu, a później tzw. ekonomii podażowej, ingerencja państwa w gospodarkę jest dopuszczalna, ale tak, by nie szkodzić mechanizmowi rynkowemu, a co najwyżej poprawiać jego działanie. Stąd odbywać się ona powinna w sferze monetarnej oraz w sferze podażowej, raczej w formie ułatwień przedsiębiorczości niż jakiejkolwiek innej. Państwo zaś kluczową rolę do spełnienia ma jako regulator ustanawiający framework (instytucjonalny, monetarny) dla dobrego działania rynku. Koncepcje neoliberalnych szkół makroekonomicznych, z takim powodzeniem zastosowane w krajach anglosaskich w latach 80-tych, przywróciły kluczową rolę w gospodarce mechanizmowi rynkowemu – przynajmniej w formalny sposób. Zakres regulacji podażą pieniądza, a także rosnąca siła wielkich korporacji, związana z ich rozmiarem i możliwościami lobbingowymi, po trzech dekadach pokazała, że przyjęte rozwiązania nie zawsze są wolnorynkowe. Nowy sposób ingerencji w mechanizmy rynkowe doprowadził w dodatku do nadmiernego rozrostu wielkich instytucji finansowych,„uniezależnienia się” ich od ryzyka, a w dalekiej konsekwencji także do kryzysu (bo stały się zbyt duże, żeby upaść).

Sukces ekonomii monetarystycznej objął też instytucje międzynarodowe. Od lat 80-tych podstawowym wyznacznikiem dostępności pomocy ze strony organizacji międzynarodowych (zwłaszcza Międzynarodowego Funduszu Walutowego) stało się spełnienie szeregu kryteriów związanych z deregulacją gospodarki. Dziś wielu ekonomistów podważa zasadność narzucanych wtedy strategii reform.

Monetarystyczna polityka deregulacji, działania na wzmacnianie podaży, wreszcie stosowanie aktywnych narzędzi polityki monetarnej jako rozwiązania antykryzysowego, zawiodły w drugiej połowie pierwszej dekady XX wieku skutkując obecnym kryzysem. Stosowane rozwiązania wprawdzie w krótkim okresie były skuteczne, jednak wraz z kolejnymi interwencjami pogłębiały ryzyko głębszego załamania, które zmaterializowało się w latach 2008-2009. W dodatku wraz z upływem czasu, coraz dalej odchodzono od ideałów ochrony wolnego rynku. Bardzo wyraźnie pokazały to działania rządów od roku 2008.  Ogromny zakres ingerencji państwa w gospodarkę, próby pobudzenia procesów inflacyjnych przez aktywną politykę monetarną, ochrona interesów wąskiej grupy wielkich przedsiębiorstw i ich właścicieli, zachęty do wzrostu konsumpcji, gotowość naruszenia zasad wolnego rynku – tylko, że tym razem nie w imię ochrony pracobiorców, ale wybranych przedsiębiorców, dynamiczny wzrost zadłużenia państw i towarzyszący mu (inaczej niż przy okazji Wielkiego Kryzysu) wzrost nierówności – to cechy specyficznej mieszanki polityki keynesowskiej i monetarystycznej, mającej zabezpieczyć przed przekształceniem się kryzysu w kolejną Wielką Depresję.

Po raz kolejny więc zrezygnowano z ochrony mechanizmu rynkowego, przyjmując, że są ważniejsze problemy. Przyjęte rozwiązania pozwoliły wprawdzie ocalić świat od głębokiego załamania i wejścia w depresję gospodarczą, jednak – zwłaszcza w przypadku Zachodu – grożą długotrwałą stagnacją, albo i kolejnymi lokalnymi, regionalnymi i globalnymi kryzysami finansowymi. Bo czemuż tym razem ma być inaczej? Jednocześnie idea wolnego rynku jako wartości samoistnej, tak ważna w początkowej fazie europejskiej cywilizacji przemysłowej, została kolejny raz zakwestionowana.

A jak doświadczenie kryzysu wpływa na poglądy ekonomistów? Wielki Kryzys rozpoczął wielką karierę Keynesa, czyniąc go jednym z najbardziej wpływowych ekonomistów XX wieku. Milton Friedman do panteonu wielkich ekonomistów, których koncepcje mają też praktyczne zastosowania, trafił przy okazji o 40 lat późniejszego kryzysu naftowego. Minęło kolejne 40 lat i na razie nic nie wskazuje na pojawienie się nowej, przełomowej teorii ekonomicznej, która dałaby odpowiedź na pytanie, jak wejść na ścieżkę wzrostu po kryzysie. Choć może teraz jednak pora na Austriaków?

 


[1] K. Polanyi, The Great Transformation: The Political and Economic Origins of Our Time, Boston 1957.

[2] J. M. Keynes, Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, Warszawa 2003; tegoż, Treatise on Money, Nowy Jork 1930.

[3] M. Friedman, A. Schwarz, A Monetary History of the United States, 1867–1960, Princeton 1963.

[4] M. Rothbard, Wielki Kryzys w Ameryce, Warszawa 2010.

[5] C. Reinhard, K. Rogoff, This time is different. Eight centuries of financial folly, Princeton 2009.

[6] Tamże, s. 1 (tłum. moje).

[7] Tamże, s. 214-215 (tłum. moje).

[8] N. Taleb, Black swan. The Impact of the Highly Improbable, 2007.

[9] N. Taleb, Why did the crisis of 2008 happen? Draft. Artykuł przygotowywany dla „New Political Economy”.

[10] Analiza odnosi się do USA, w Europie spokojnie można rozciągnąć to na rządy europejskie.

[11] W artykule opublikowanym w „Financial Times” (7.04.2009), a omówionym przez „Puls Biznesu” z 10 kwietnia 2009 r., Taleb rozwija tą kwestię proponując 10 zasad (cyt. za „Puls Biznesu” http://www.pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=eb3bb6ad-0c3a-4109-9366-01fa61ddd7b3):

1. Co jest słabe powinno upaść wcześnie, kiedy jest jeszcze małe.

Coś, co może upaść, nie powinno być zbyt duże. Ewolucja dotychczasowego życia gospodarczego pomagała tym z ukrytym maksymalnym ryzykiem – i stąd najbardziej kruchym – stać się największymi.

2. Nie uspołeczniać strat i prywatyzować zysków.

Ktokolwiek  potrzebuje pomocy finansowej, powinien być znacjonalizowany. Ktokolwiek jest w stanie obejść się bez pomocy, powinien być wolny, niewielki i odpowiedzialny  za ryzyko. Połączyliśmy to, co najgorsze w kapitalizmie i socjalizmie. (…)

3. Ludzie, którzy prowadzą autobus szkolny z opaską na oczach (i go rozbijają), nie powinni już nigdy go prowadzić.

Ekonomiczny establishment (uniwersytety, regulatorzy, centralni bankierzy, urzędnicy rządowi, różne organizacje „bogate” w ekonomistów) stracił legitymizację w momencie klęski systemu. Jest nieodpowiedzialne i głupie nadal ufać, że potrafią uporządkować bałagan, którego narobili. (…)

4. Nie pozwalajmy komuś czekającemu na premię motywacyjną zarządzać elektrownią atomową – lub ryzykiem finansowym.

Jest prawdopodobne, że będzie omijał wszystkie zabezpieczenia, by tylko wykazać się zyskiem, twierdząc jednocześnie, iż działa „konserwatywnie”. (…) To asymetria zawarta w systemie premii doprowadziła nas do obecnej sytuacji. Nie ma zachęty bez zniechęcenia: kapitalizm polega na nagradzaniu i karaniu, a nie tylko nagradzaniu.

5. Równoważmy złożoność prostotą.

Złożoność wynikająca z globalizacji i wysoce powiązanego życia gospodarczego powinna być równoważona przez prostotę produktów finansowych. (…) Bańki rynków akcji mogą być umiarkowane. Bańki długu są zabójcze.

6. Nie dawajmy dziecku laski dynamitu, nawet jeśli jest na niej ostrzeżenie.

Złożone instrumenty pochodne powinny zostać zakazane, bo nikt nie rozumie ich do końca, a niewielu jest na tyle rozsądnych, by zdawać sobie z tego sprawę. (…)

7. Tylko piramida finansowa powinna opierać się na zaufaniu. Rząd nigdy nie powinien stawać przed koniecznością „odbudowy zaufania”.

(…)

8. Nie dawajmy uzależnionemu więcej narkotyków z tego powodu, że cierpi na odwyku.

(…) Kryzys zadłużenia nie jest tymczasowym problemem, ale strukturalnym. Potrzebujemy rehabilitacji.

9. Emerytury obywateli nie powinny być zależne od wyceny aktywów finansowych lub wątpliwych rad ekspertów.

Życie ekonomiczne powinno być zdefinansowane. Musimy nauczyć się nie traktować rynków jak magazynów wartości. (…) Obywatele powinni martwić się o własny biznes (który kontrolują), a nie o inwestycje (których nie kontrolują).

10. Róbmy omlet ze stłuczonych jaj.

Ten kryzys nie zostanie zakończony w drodze doraźnych napraw, tak, jak łódź z przegniłym kadłubem nie może zostać naprawiona przez zasłanianie kolejnych dziur łatami. (…) Wejdźmy dobrowolnie w Kapitalizm 2.0, przyzwalając, by upadło to, co chyli się ku upadkowi, zamieniając dług na udziały, marginalizując establishmenty gospodarki i szkół biznesu, likwidując ekonomicznego Nobla, zakazując lewarowanych przejęć, wysyłając bankierów na miejsce, które powinni zajmować, obcinając premie ludziom, który wpędzili nas w obecne kłopoty. Uczmy ludzi orientacji w świecie, w którym nic nie jest pewne.

[12] P. Krugman, Thinking abort the liquidity trap, Paper for the NBER?CEPR/TCER conference in Tokio, http://web.mit.edu/krugman/www/trioshrt.html; tegoż, Nobody Understands The Liquidity Trap (Wonkish), blog P. Krugmana The conscience of liberal, 14.07.2010, tegoż, How Much Of The World Is In a Liquidity Trap?, blog P. Krugmana The conscience of liberal, 17.03.2010.

[13] T. Woods, Meltdown. A free market look at why the stock market collapsed, the economy tanked, and government bailouts will make things worse, Washington DC 2009.

[14] J. H. Tempelman, Austrian business cycle theory and global financial crisis: confesions of a mainstream economist, “The Quarterly Journal of Austrian Economics”, vol. 13, nr 1, wiosna 2010, s. 3-15.

 


Start Piotr Koryś, "Kryzys gospodarczy, ekonomia i wolny rynek. Doświadczenie historyczne, stan obecny i prognozy na przyszłość"