SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Dennis O'Keeffe, "Polityka do upadłego: światowy kryzys finansowy 2008 roku"

Dennis O'Keeffe, "Polityka do upadłego: światowy kryzys finansowy 2008 roku"

Email Drukuj PDF

Podstawowym problemem nowoczesnych gospodarek jest fakt, że działania polityczne zbyt często i za daleko wkraczają w świat ekonomii. Ten pogląd jest sednem słynnej książki Miltona Friedmana Kapitalizm i wolność[1]. Takie wtrącanie się nieuchronnie prowadzi do nieefektywności w gospodarce i niewłaściwego wykorzystywania ograniczonych zasobów. Kryzysy finansowe i szerzej kryzysy gospodarcze są często pochodną mieszania się rządów do gospodarki i ich nieudolności. Brytyjska gospodarka od czasów II wojny światowej jest ciągle nękana przez tego typu problemy.

Niewątpliwie w gospodarce rynkowej mają miejsce również kryzysy spontaniczne, o charakterze systemowym, zakłócenia, które nie wyrastają z politycznej interwencji. Trzeba jednak powiedzieć, że w gospodarkach opartych na wolnej przedsiębiorczości tego typu zaburzenia, chociaż częste, są zazwyczaj krótkotrwałe i oddziałują na małą skalę. Działania rynku korygują je, więc wiele takich kryzysów jest ledwie zauważalnych. Jeżeli kryzys trwa długo, to zazwyczaj jest to kwestia jakiegoś błędu w zarządzaniu popełnionego przez państwo. Zasadnicze pytania dotyczące rozwoju gospodarczego lub jego braku mają charakter ekonomiczny, ale najczęściej nie da się uniknąć odwołania do polityki, gdy mowa o zaburzeniach na dużą skalę dotyczących społeczeństwa.

Australijski ekonomista Steven Kates mówi, że nikt nie wie jak zapobiegać kryzysom finansowym. W swoim artykule na ten temat[2], przedstawia on bardzo klarowne streszczenie inteligentnej książki Michaela Lewisa zatytułowanej The Big Short[3]. Kates mógłby zaakcentować pewien wątek, który rzeczywiście pojawia się u Lewisa: wyjątkową słabość zarządzania ogromnymi funduszami na Wall Street. Lewis uznaje naturalnie własne doświadczenie za przykład braku odpowiedzialności, nie swojej, ale całego system. Świeżo po uniwersytecie, bez specjalistycznej wiedzy, był sowicie wynagradzany w latach 80-tych XX wieku za granie cudzą własnością. Pisze on, że w bankach na Wall Street zatrudnione są tysiące takich biedaków. W bankach, których aktywność rynkowa w coraz większym stopniu zdominowana jest przez mętne transakcje obligacjami[4]. Lewis jasno stwierdza, że zyski i straty na Wall Street wzrosły zdumiewająco w ciągu ostatnich 25 lat odkąd podjął tam pracę[5]. Nie przeczy on jednak, że analitycy dostarczają brokerom i firmom niezastąpionych informacji biznesowych. Co się zaś tyczy skarg na brak właściwego przygotowania pracowników banków, to nie jest wcale oczywiste, że istnieje lepszy trening niż nabywany w trakcie pracy.

Kates uważa, że The Big Short, choć jest książką świetnie napisaną, nie daje łatwych odpowiedzi na pytanie, kogo szczególnie należy obwiniać za katastrofalne wydarzenia, które doprowadziły do kryzysu roku 2008[6]. Taka konkluzja jest trochę zbyt szybka i nieprzekonywająca. Na skrzydełku okładki książki możemy bowiem przeczytać wprost, że byli ludzie, którzy widzieli, że nadciąga katastrofa, byli tacy, którzy przysnęli przy sterze, ale byli też ludzie, którzy sterowali tak, by nie wpaść na skały. Lewis zwraca uwagę, raczej mimochodem, niż ze złością, że wielu chętnych na dziś niespłacalne kredyty hipoteczne kłamało na temat swojej sytuacji finansowej. To dziwne, dlaczego tego typu działania nie były lepiej monitorowane, a właściwie dlaczego w ogóle do nich dopuszczono. Tak czy inaczej, faktem jest, że większość ludzi pracujących na rynkach finansowych nie wiedziała, że kryzys wisi w powietrzu. Nie jest też wcale oczywiste, że ci, którzy skorzystali na kryzysie, działali w sposób nielegalny, czy choćby niemoralny.

Philip Booth, profesor ekonomii na City University w Londynie i dyrektor ds. badań w Institute of Economic Affairs twierdzi, że błędne przekonanie, iż kryzys 2008 r. został spowodowany przez chciwych, niepodlegających kontroli bankierów, którzy kierowali się pogonią za premiami działając w ramach leseferystycznych regulacji, powtarza równie błędną wiarę, że coś podobnego miało miejsce również w 1929 roku. Twierdzi on, że wcale nie jest powszechnie przyjmowane, że to katastrofalne błędy w zarządzaniu polityką monetarną doprowadziły do boomu lat 20-tych XX wieku i recesji lat 30-tych. To samo dotyczy japońskiego boomu i stagnacji końca XX wieku[7]. Podobne na pierwszy rzut oka nieumiejętne zarządzanie polityką monetarną ma miejsce nawet teraz. Lewis robi tu uwagę natury historycznej, że kryzys 2008 r. był traumatycznym wydarzeniem, które jednak nadeszło po niemal trzech dekadach coraz bardziej zuchwałych numerów na nowojorskich rynkach finansowych[8]. Wydaje się zdumiewające, że tysiące pracowników banków, najbardziej bystrych i wykształconych ludzi Ameryki, doświadczenie finansowe nauczyło rażącej beztroski, która stała się ostatnio charakterystyczną cechą rynków finansowych. Prawdziwe przestępstwa mogły tam nie mieć miejsca, ale nieodpowiedzialność, z którą mieliśmy do czynienia, była naruszeniem zaufania i przyjdzie je odzyskiwać w ciągu następnych lat.

Booth z pewną dozą pewności twierdzi, że to polityka pieniężna prawdopodobnie stała za ostatnim kryzysem. W ostateczności to działania rządu walnie przyczyniły się do krachu, choć zauważa też, że nie sposób przypisać jakąś sensowną wagę różnorodnym czynnikom, które tu oddziaływały. Sugeruje za to, że na rynkach finansowych wyraźny był pewien trend myślenia, który rząd amerykański, czy szerzej regulatorzy rynku, wspierali i pobudzali. Tę politykę można by opisać jako „skrzywienie na korzyść ubogich”[9]. Trzeba powiedzieć, że ten właśnie prąd w stosunkach międzyludzkich doprowadził do wielkiego nieszczęścia.

Skrzywienie na korzyść ubogich

Skrzywienie na korzyść ubogich, prąd o którym mówi Booth, wypływał początkowo z przekonania prezydenta Billa Clintona, iż biedniejsze części społeczeństwa amerykańskiego mogą się włączyć w główny nurt życia gospodarczego, jeżeli otrzymają przyzwoite miejsce do zamieszkania. Stąd pojawiła się polityczna presja na działania o charakterze gospodarczym, czy finansowym. Bank Rezerwy Federalnej (Fed), fundament amerykańskiego systemu bankowego, również promował ideę, że jeżeli rynki załamią się, rząd wyciągnie je z tarapatów. Rząd ma pomagać również w przypadku, gdy przygoda źle się kończy. Booth mówi, że przez sześć lat, od 2001 r., Fed z pewnością sprawiał wrażenie, że obiecuje, iż jeżeli rynki się załamią, Fed podeprze je[10]. Efekt był taki, że zachęcano do poddania się pewnej „pokusie nadużycia” (moral hazard), tendencji, by działać mniej rozważnie, skoro nowa polityka i nowe reguły zdawały się obniżać ryzyko wynikające ze spekulacji. Chyba najbardziej zadziwiający jest w tym zakresie program pomocowy Troubled Asset Relief Program (TARP) administracji George’a W. Busha, obejmujący długi instytucji z Wall Street i firm ubezpieczeniowych dotkniętych kryzysem. Program ten rekompensował bowiem wszystkie poniesione straty[11].

Lewis wystarczająco jasno pokazuje, że wydarzenia na Wall Street sprowadzały się do podejmowania ryzyka w stopniu dotąd niespotykanym i niczym nieusprawiedliwionym[12]. Bez względu na przyczyny, z pewnością mieliśmy do czynienia z kryzysem. Bezsprzecznie ciąg zdarzeń, który do niego doprowadził, został na początku nakręcony przez czynniki polityczne. Booth mówi, że miękka polityka pieniężna nadmuchała finansową bańkę, niski poziom oszczędności i wielki wzrost wartości aktywów i konsumpcji. Niskie stopy procentowe zachęcały do nadmiernego zadłużania się i zbyt dużych inwestycji na rynku nieruchomości, a nawet wywołały w Banku Rezerwy Federalnej chęć powstrzymania korekt tego trendu, które miały miejsce na rynkach finansowych[13].

Booth przywołuje makabryczne statystyki, do których większość z nas nie przywiązywała wtedy właściwej wagi. W Stanach Zjednoczonych główna stopa procentowa na rynku rezerw banków komercyjnych (Fed Funds Rate) została obniżona w 2001 r. z 6,25% do 1,75%. Później nastąpiły dalsze obniżki i do połowy 2004 r. utrzymywała się ona na poziomie 1%. Właściwie przez dwa i pół roku, między 2002 i 2004, realna stopa procentowa była ujemna. Ortodoksja, czyli standardowa praktyka, w latach 2001-2005 nakazywałaby utrzymanie poziomu od 2% do 5%[14].

W Wielkiej Brytanii we wrześniu 2007 r. wzrost podaży pieniądza wyniósł 14,1%[15]. Z perspektywy czasu wszystkie te liczby budzą trwogę. Naprawdę mamy tu do czynienia
z finansowym szaleństwem. Entuzjazm dla kupowania domów po naszej stronie Atlantyku miał mniej polityczny charakter niż w przypadku Ameryki. Tam, jak już wspomniałem, rządy świadomie i bezpośrednio propagowały ideę przyciągnięcia do rynku nieruchomości ludzi, których zasoby finansowe normalnie uznano by za niewystarczająco bezpieczne. Różnice dotyczą jednak skali, nie istoty sprawy. Polityka Gordona Browna również była refleksem marzenia o pozbyciu się ograniczeń ekonomicznych. W obu przypadkach odwrócenie trendu na rynkach finansowych zostawiło nabywców domów na lodzie, bez środków na obsługę kredytu.

W przypadku Wielkiej Brytanii wartość domów mniej lub bardziej nieprzerwanie rosła od końca II wojny światowej, nawet jeżeli miały miejsce okresowe załamania. Gigantyczny deficyt budżetowy pod rządami Gordona Browna najpierw jako Kanclerza Skarbu a potem jako premiera, rządami, które dziś z poczuciem humoru określa się jako czasy „negacjonizmu” budżetowego, był brytyjskim tłem zbyt dużego zaangażowania środków na rynku nieruchomości. Duża liczba nabywców domów ogromnie się zadłużyła zakładając, że ceny nieruchomości będą ciągle rosły i w momencie odwrócenia się trendu cenowego nie była w stanie wywiązać się z zobowiązań wynikających z kredytu hipotecznego.

Sposób, w jaki Kates interpretuje Lewisa, trafnie sugeruje, że w przypadku Wall Street nie jest łatwo wskazać kogoś, kto odniósłby spektakularne zyski – a pewna niewielka mniejszość z pewnością je osiągnęła – w wyniku naprawdę niemoralnego zachowania. Problem po obu stronach Atlantyku pojawił się w wyniku normalnej aktywności gospodarczej – niezmiennego faktu, że obywatele często chcą mieć domy, a kupując je muszą zazwyczaj pożyczać pieniądze, gdyż większość ludzi nie jest wystarczająco zamożna, by kupić dom za gotówkę. Pożyczkobiorcy najczęściej zaciągają kredyt hipoteczny, a zatem jakaś instytucja finansowa pożycza pieniądze, a klient stopniowo zwraca je wraz z odsetkami.

Większość ludzi w USA i Wielkiej Brytanii nie podejrzewała nawet, że wartość domów może spaść. Dlaczego mieliby podejrzewać? Ceny nieruchomości mieszkalnych nie spadały w Stanach Zjednoczonych od sześćdziesięciu lat. Również w Wielkiej Brytanii oczekiwanie, że ceny domów będą rosły w nieskończoność rzadko kiedy nie było spełnione. Większość ludzi uważała więc, że interes był pewny jak w banku. Nie przypuszczali, ani że wiele kredytów hipotecznych przestanie być spłacanych, ani – co się z tym wiązało – że rynek nieruchomości załamie się, przynajmniej na jakiś czas.

Kryzys w zarysie

Ogólny zarys mechanizmów, które wywołały kryzys na Wall Street w 2008 r., nie jest trudny do nakreślenia. Na początku były hipoteki. W Stanach Zjednoczonych możliwość zaciągnięcia kredytu hipotecznego, osławionych dziś hipotek wysokiego ryzyka (subprime), otrzymały grupy klientów o niskich dochodach, z niską zdolnością kredytową. Te hipoteki w pakietach, powiedzmy po sto, były sprzedawane na rynku jako obligacje, jako zbywalne, oprocentowane, a zatem wartościowe walory. Ludzie pracujący na rynkach finansowych w większości nie mieli świadomości, że w pakietach pożyczek, które kupują, dużą część stanowiły wątpliwej jakości kredyty hipoteczne. W rezultacie handel tymi obligacjami oparty był na fałszywych założeniach. Lewis zauważa, jak fatalny był jeden z parametrów ryzyka tych obligacji: w całej strukturze finansowej obligacji znajdowało się 8% hipotek, które narażone były na niespłacalność[16].

Powyższe obligacje musiały być naturalnie ubezpieczone na wypadek, gdyby klienci przestali spłacać raty kredytów. Problem polegał na tym, co dziś jasno widać, że obligacje nie zostały prawidłowo ocenione. Agencje oceny ryzyka kredytowego po prostu nie wypełniły swego podstawowego zadania, co oznaczało tylko tyle, że wiedziały one równie mało jak większość ludzi pracujących na Wall Street. Owe instrumenty ubezpieczenia od ryzyka nazwano Credit Default Swaps (CDS). Trik małej grupy ludzi, którzy wiedzieli, że obligacje zawierają wiele złych kredytów hipotecznych i chcieli obejść system, polegał na tym, by kupować CDS-y[17]. Jeżeli zapłacisz, powiedzmy 200 tysięcy USD rocznie za 10-letnie CDS-y obligacji General Electric, w najgorszym wypadku stracisz 2 miliony USD, jeżeli wszystkie obligacje zostaną wykupione. Jeżeli jednak General Electric nie wykupi swych obligacji kiedykolwiek w ciągu najbliższych dziesięciu lat a ich posiadacze nie dostaną ani grosza, możesz zarobić jakieś sto milionów dolarów[18]. Oczywiście realne zyski znajdują się gdzieś pośrodku. W przypadku, o którym mówimy, były jednak wielkie.

Czy więcej regulacji to odpowiedź możliwa?

Kates twierdzi, że działania żadnego regulatora rynku nie zrobiłyby w tym przypadku najmniejszej różnicy. Jeżeli stopień ryzyka umknął nawet tym uczestnikom rynku, którzy mieli finansowe powody, by dobrze rozumieć w czym rzecz, jest wysoce nieprawdopodobne, że pomogłaby tu jakaś regulacja rynku[19]. Booth również twierdzi, że regulacje nie zapobiegłyby kryzysowi i dodaje jeszcze jeden argument. Regulacje mianowicie mogły wpłynąć na wynalezienie instrumentów finansowych o takim stopniu komplikacji, że ich wady stały się prawie niemożliwe do wykrycia[20].

Wraz z nasilaniem się ambitnych prób regulacji rynków, pojawiła się bowiem w ostatnim dziesięcioleciu szeroka gama operacji rynkowych, większa niż była dozwolona w XX wieku. Nieopisana wręcz złożoność współczesnego obrotu instrumentami finansowymi i co za tym idzie prób jego regulacji właściwie przekracza granice wyobraźni. Na przykład w Wielkiej Brytanii opis obowiązujących regulacji wydany przez regulatora – Financial Services Authority – składa się z dziesięciu części zawierających prawdopodobnie, według Bootha, ponad milion paragrafów[21]. Czy ktoś może zakładać, że ludzie pracujący na rynkach finansowych są w stanie rzeczywiście opanować ten materiał? Regulatorzy starają się dokonać niemożliwego – uregulować ogromnie skomplikowany świat finansów przy pomocy równie skomplikowanych reguł. Co więcej, Booth budząc w czytelniku niepokój informacjami o roli, jaką w tworzeniu owych budzących trwogę instrumentów finansowych odegrali ich sprzedawcy[22], dokłada jeszcze przerażające twierdzenie, że mechanizm cenowy na początku XXI wieku stracił swą funkcję koordynowania w świecie finansów[23]. Ktoś mógłby zapytać ze strachem, czy jeżeli ta chaotyczność nie jest tylko chwilowym załamaniem w stosunkach międzyludzkich, to jak długo może przetrwać cywilizacja? Kluczowym niedomaganiem komunizmu był bowiem brak koordynacji podaży i popytu.

Wtargnięcie nacisków politycznych w działalność kredytową banków

Gdy aktywa stają się bardziej wartościowe, dają możliwość większej akcji kredytowej. Nie ma żadnych nieprzezwyciężalnych powodów, dla których proces ten miałby się wymknąć spod kontroli. Kluczową kwestią jest natomiast, dlaczego w ostatnich dziesięcioleciach zaczęto dawać kredyty klientom wcześniej zawsze uznawanym za niebezpiecznie ryzykownych. To w tym miejscu ingeruje polityka. Marksiści utrzymują, że to ekonomiczny pies merda politycznym ogonem. W społeczeństwach komunistycznych nigdy nie było to prawdą. To dogmaty głoszone przez rząd prowadziły życie ekonomiczne do ruiny.

Choć to dziwne, podobne zniszczenia mogą się rozpowszechnić również w wolnych społeczeństwach. Pożyczanie pieniędzy ludziom niepewnym jest przykładem nieuprawnionej ingerencji polityki w świat finansów, która powoduje, że polityka zastępuje dyscyplinujące, roztropne reguły finansów. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Wielkiej Brytanii wielu ludzi poddało się szałowi zakupów nieruchomości, wielu przeceniło swoje możliwości finansowe, ale w przypadku Ameryki całe zjawisko napędzała otwarcie polityczna intencja. Wśród tych wszystkich kłopotów nie da się jednak uciec od prawdy, że w naszym społeczeństwie państwo jest zbyt potężne, a wydatki publiczne zbyt duże. Te zjawiska są cechą naszej całkiem świeżej współczesności. Kiedyś powszechnie uważało się, że działania rządów powinny ograniczać się do spraw bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego oraz obrony wartości pieniądza.

Pod urokiem keynesizmu

Ogromne wydatki na opiekę społeczną i obronność, które stały się udziałem państw w XX wieku, pogrzebały ten imperatyw fiskalnego umiarkowania. Wyznawcy keynesizmu w zarządzaniu gospodarką mieli tu też swój walny udział. Dziś prezydent Barack Obama również wyraźnie liczy na keynesowskie lekarstwa. W Wielkiej Brytanii Gordon Brown także musiał być całkowicie przekonany, że paradygmat keynesowski działa, skoro przez całą dekadę był przywiązany do finansowania wydatków publicznych zadłużeniem. Rzeczywiście, jest wielu zaprzysięgłych keynesistów po obu stronach Atlantyku. W Ameryce wielu z nich to profesorowie najbardziej prestiżowych uniwersytetów, jak laureat nagrody Nobla z 2008 r. Paul Krugman. Tim Congdon bez ogródek i w niekorzystnym świetle zestawia keynesizm Krugmana i znajdującą się w zastoju gospodarkę USA z jednej strony oraz monetarystyczne idee oddziałujące dziś w Niemczech najwyraźniej z dobrym skutkiem dla produkcji i zatrudnienia[24]. Trzeba jednak powiedzieć, że przeciwny intelektualny konsensus, czy paradygmat, który mówi, że keynesowska teoria ekonomii jest błędna, jest również obecny w wolnych społeczeństwach. Zarówno w USA, jak i w Wielkiej Brytanii wielu badaczy sympatyzuje z friedmanowską krytyką Keynesa. Na przykład Russell Lewis utrzymuje, że wydatki fiskalne nie zmniejszają znacząco bezrobocia i nie można powiedzieć, by dzięki nim występował istotny „efekt mnożnikowy” w odniesieniu do poziomu produkcji[25].

Dziś mało kto zaprzeczy, że współczesne rządy muszą ponosić duże koszty zarządzania działalnością państwa. Tim Congdon mówi jednak, że keynesizm jest w błędzie i dalsze finansowanie państwa poprzez deficyt przyniesie inflację a nie osiągnie rzekomego celu utrzymania zatrudnienia. Podkreśla on ciągle, że to całkowita podaż pieniądza, narzędzie polityki monetarnej, a nie łączny popyt sterowany przez politykę fiskalną, jest podstawową zmienną zdrowia gospodarki. W czasopiśmie „Standpoint”, w numerze z grudnia 2009 r., Congdon opowiada się za zwiększeniem przyrostu ilości pieniądza w obiegu i podkreśla, że to bujnie rozwijające się operacje otwartego rynku są podstawowym narzędziem dla osiągnięcia tego celu[26].

Keynes był niewątpliwie człowiekiem o wielkich możliwościach intelektualnych. Robert Skidelsky twierdzi, że nie wierzył on w ogromne wydatki rządu[27]. Jednak nie podlega dyskusji, że hipertrofia sektora publicznego w wolnych społeczeństwach jest refleksem wpływów Keynesa. Częścią neokeynesowskiej pychy jest ustanawianie coraz większych wydatków publicznych. Jednym ze skutków tego jest stała podatność współczesnych gospodarek na inflację. Innym rezultatem jest ogromna sieć nieudaczników finansowanych z publicznych pieniędzy. Na przykład najsłabsze wyniki w testach osiągnięć edukacyjnych pokrywają się w USA i Wielkiej Brytanii z uzależnieniem od pomocy społecznej oraz przestępczością i związanym z nią wskaźnikiem inkarceracji. W sumie wszystko to składa się na zasadniczo nadmierne wydatki rządowe. W warunkach długotrwałego kryzysu problemy bowiem karmią się nawzajem. Systemy edukacji w USA i Wielkiej Brytanii borykają się z kryzysem już od ponad pół wieku. Szkolnictwo, pomoc społeczna, wymiar sprawiedliwości tworzą w wolnych społeczeństwach „branżowy komunizm”. Im większa część dóbr i usług nie jest kontrolowana przez siły rynku, tym mniejszy wybór mają obywatele, gospodarka jest mniej wydajna, a rząd mniej efektywnie ją reguluje. Jak to Kates ujmuje w odniesieniu do Ameryki: „Problemy amerykańskiej gospodarki nie leżą już w systemie finansowym, ale w szalonym poziomie wydatków i długu rządowego, który jest naszym udziałem ostatnio”.

Recesje są częścią procesu naprawy, w którym gospodarka porządkuje się po błędach polityki gospodarczej, czy przypadkowych, nieprzewidywalnych wydarzeniach. Kates podkreśla pewną oczywistość: cykl koniunkturalny będzie istniał zawsze. Można chyba powiedzieć, że znajduje się on, wraz z kapitalizmem i powszechnymi prawami wyborczymi na liście zjawisk, które Winston Churchill opisał jako okropne, zauważając przy tym, że ich alternatywy są jeszcze gorsze. Cykl koniunkturalny szkodzi wielu ludziom, ale więcej nieszczęść przyniosłyby próby jego zatrzymania. To co możemy zrobić, sugeruje Kates, to zaprzestać keynesowskich metod radzenia sobie z recesjami[28].

 

Dennis O’Keeffe – profesor nauk społecznych na Uniwersytecie Buckingham, redaktor wiodącego brytyjskiego pisma konserwatywnego „Salisbury Review”, autor monografii poświęconych m.in. Edmundowi Burke’owi.

Tytuł oryginalu: Politics at both ends – tłumaczenie Artur Wołek

Tekst z pracy zbiorowej Platon na Wall Street. Konserwatywne refleksje o kryzysie ekonomicznym http://www.omp.org.pl/ksiazka.php?idKsiazki=198

 


[1] M. Friedman, Kapitalizm i wolność, Helion, Gliwice 2008.

[2] S. Kates, Those Dangled Carrots, „Quadrant” 2010, lipiec-sierpień, s. 52-55.

[3] M. Lewis, The Big Short. Inside the Doomsday Machine, W. W. Norton, New York 2010.

[4] Tamże, s. xiv. Obligacje dominowały ostatnio na rynku transakcji finansowych.

[5] Tamże, s. xiv-xvi.

[6] S. Kates, Those Dangled Carrots, dz. cyt., s. 52.

[7] P. Booth, The Crash of 2008 – a Discussion of the Causes and the Relationship with Ethical Issues, artykuł ukaże się w: Finance and the Common Good, s. 1-2.

[8] M. Lewis, The Big Short…, dz. cyt., s. xiv-xv.

[9] P. Booth, The Crash of 2008…, dz. cyt., s. 1.

[10] Tamże, s. 2.

[11] S. Kates, Those Dangled Carrots, dz. cyt., s. 54.

[12] M. Lewis, The Big Short…, dz. cyt., zwłaszcza rozdz. I i II.

[13] P. Booth, The Crash of 2008…, dz. cyt., s. 2.

[14] Tamże.

[15] Tamże.

[16] M. Lewis, The Big Short…, dz. cyt., s. 67.

[17] W przypadku inwestycji długoterminowych kupuje się obligacje, czy akcje w nadziei, że ich wartość pójdzie w górę. W przypadku inwestycji krótkoterminowych sprzedaje się obligacje, czy akcje w nadziei, że ich wartość spadnie. W operacjach krótkiej sprzedaży inwestor nie posiada akcji (obligacji), które obiecuje sprzedać. Cała strategia polega na tym, że do czasu ich sprzedaży podmiotowi X, inwestorowi uda się kupić je po niższej cenie.

[18] M. Lewis, The Big Short…, dz. cyt., s. 29.

[19] S. Kates, Those Dangled Carrots, dz. cyt.

[20] P. Booth, The Crash of 2008…, dz. cyt., s. 8.

[21] Tamże, s. 8.

[22] Tamże.

[23] Tamże, s. 11.

[24] T. Congdon, Steinbrück v. Krugman, „Standpoint” 2010, październik, s. 24.

[25] R. Lewis, American Funny Money, „The Salisbury Review” 2010, jesień, s. 24-25.

[26] R. Skidelsky, What Would Keynes Say? A Dialogue with Tim Congdon, „Standpoint” 2009, grudzień, s. 35.

[27] Tamże, s. 34.

[28] S. Kates, Those Dangled Carrots, dz. cyt., s. 54.

 


Start Dennis O'Keeffe, "Polityka do upadłego: światowy kryzys finansowy 2008 roku"