SPORY O KAPITALIZM

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Start Komentarze Wojciech Jakóbik. "Mieć ciastko i zjeść ciastko w integracji europejskiej"

Wojciech Jakóbik. "Mieć ciastko i zjeść ciastko w integracji europejskiej"

Email Drukuj

W Unii Europejskiej powstaje nowa koncepcja permanentnego odcięcia krajów zdrowych ekonomicznie od tych ogarniętych grecką zarazą. Polski MSZ reaguje szybko, ale niekoniecznie celnie.

Berlin i Paryż naciskają na stworzenie nowego modelu głębszej integracji gospodarczej. Niemcy próbowały przeforsować utrzymanie obecnej kondycji prawnej do końca 2012 roku a potem zmianę pozwalającą na zacieśnienie kontroli budżetowej w ramach strefy euro. Okazało się, że nie ma we Wspólnocie poparcia dla takiego rozwiązania. Nawet jeśli uznamy, że pomogłoby ono strefie, to jego wprowadzenie trwałoby co najmniej rok, a kraje zagrożone scenariuszem greckim nie mają tyle czasu. Stąd pomysł stworzenia mechanizmu tylko w ramach strefy euro albo w jeszcze węższym gremium. Minister finansów Wolfgang Schauble stwierdził w wywiadzie dla telewizji ARD, że ,,celem dla państw członkowskich znajdujących się w unii walutowej jest stworzenie ich własnej Unii Stabilności’’. Portal Euroactiv powołuje się na oficjalne źródła, podając jako kolejny scenariusz stworzenie oddzielnego porozumienia z pominięciem Unii Europejskiej wiążącego ,,8 do 10 krajów rdzenia strefy euro’’.

Rdzeniem tego rdzenia byłyby zapewne Francja, Niemcy i Włochy (jeśli tym ostatnim uda się uratować swą gospodarkę). Przywódcy tych państw zadeklarowali w zeszłym tygodniu, że nie poprą żadnych dalszych interwencji Europejskiego Banku Centralnego. A zatem powiedzieli dłużnikom z krajów peryferyjnych ,,non possumuss’’ dla dalszego drukowania pieniędzy. Z ich punktu widzenia wydaje się to być racjonalny ruch, ale patrząc na sprawę politycznie jest to symptom coraz wyraźniejszego pęknięcia we Wspólnocie, które może doprowadzić do trwałej separacji ekonomicznej, a co za tym idzie politycznej w Unii Europejskiej.

Minister Radosław Sikorski zareagował szybko ale niekoniecznie trafił w sedno sprawy. Szef resortu spraw zagranicznych przedstawił własną koncepcję nowej integracji w Unii Europejskiej. Pragnąc dać odpór scenariuszowi rozbicia Wspólnoty na (co najmniej) dwa bloki i broniąc idei rozszerzenia, przedstawił wizję federacji unijnej. Tak bardzo zależało mu na stworzeniu kontrpropozycji, że w wywiadzie dla Rzeczpospolitej zadeklarował, że Polska nie ma innych żądań wobec Wspólnoty poza przedłużeniem jej trwania. Samo w sobie istnienie Unii Europejskiej ma gwarantować Polsce realizację jej interesów.

W zamian za przetrwanie Wspólnoty Sikorski proponuje głębszą integrację polityczną na kształt Stanów Zjednoczonych, w którym rząd federalny decyduje o kwestiach kluczowych dla interesu państwa, ale stany decydują samodzielnie w wyselekcjonowanych dziedzinach życia publicznego. Minister określa sektory mające pozostać pod jurysdykcją narodów w jego koncepcji nowej Europy - Edukacja, moralność publiczna, podatki dochodowe powinny być wyłączone spod władzy Unii – wylicza. Resztę kompetencji z optymizmem przekazałby Unii. - Tak jest już obecnie z polityką handlową. Jako kraj jesteśmy w tej dziedzinie ubezwłasnowolnieni ku olbrzymiemu naszemu pożytkowi – konstatuje.

Sikorski koniecznie chce pozostać na pokładzie coraz mocniej bujającej się łajby pod tytułem Unia Europejska. W jego przekonaniu jest to gwarancja bezpieczeństwa dla Polski. Można tę optykę zrozumieć, biorąc pod uwagę nacjonalizmy więzione a przynajmniej cywilizowane przez instytucje unijne, choć słowo stabilizacja kojarzy się z Unią Europejską coraz mniej.

Jednak czy ceną za tę dyskusyjną stabilność musi być utrata suwerenności? Czy w wypadku realizacji scenariusza Sikorskiego taka utrata byłaby równomierna dla wszystkich krajów Wspólnoty? Minister spraw zagranicznych chce mieć ciastko i zjeść ciastko. Chce obrony polskich interesów i jednoczesnego uzależnienia ich od woli ponadnarodowej organizacji.

Powstaje pytanie, czy taka organizacja pozostałaby ponadnarodowa, czy raczej przekształciłaby się w instrument władzy Par-lina, Be-ryża bądź po prostu Berlina, który mając wtedy pełnię władzy ekonomicznej mógłby przekuć ją we władztwo polityczne. Szczególnie, że startowa pozycja negocjacyjna Polski została przez Sikorskiego określona niezbyt ambitnie na poziomie minimum stabilizacji, jakiej oczekuje on od Unii dla naszego kraju. O swojej koncepcji minister Sikorski ma mówić w Berlinie. To tam może paść cena jaką Polska będzie chciała zapłacić za bilet na pokład nowej odsłony Wspólnoty. Okaże się, czy będzie ona zadowalającą ofertą dla Niemców.

Zapewne rzeczywistość zweryfikuje pomysły eurokratów, geopolityków z zachodnich stolic i polskiego ministra. Konserwatywna myśl ekonomiczna każe spodziewać się bankructwa krajów, które faktycznie nimi już są, lecz wciąż zwiększają ilość papierków w portfelu, wartości portfela jednak nie zmieniwszy. Naturalnym ruchem silnych państw (którekolwiek silne pozostaną) będzie odgrodzenie się od tej zawieruchy. Kwestią do dyskusji pozostaje, czy Polska powinna odgrodzić się sama, w ramach pewnego bloku regionalnego czy pod opieką nowego rządu gospodarczego w pomniejszonej ale bardziej skonsolidowanej Unii.

 


Start Komentarze Wojciech Jakóbik. "Mieć ciastko i zjeść ciastko w integracji europejskiej"